Friday, 26 March 2010
O przedstawianiu się i wizytówkach.
Wednesday, 24 March 2010
O burzach piaskowych
Zasadniczo Koreańczycy maja w chwili obecnej bardzo sensowne regulacje w kwestii jakości środowiska. Co z tego jednak, gdy ma się za miedzą Chiny...
Wiosną nad Mongolią i Chinami wieją bardzo silne wiatry, które unoszą drobny pył z powierzchni tamtejszych pustyń i niosą na wschód, w rejony Japonii i Korei. Zdarza się nawet, że pył wyprawia się za ocean i dociera do Stanów.
Dlaczego jest to kwestia związana z ochroną środowiska? Nadmierne i niewłaściwe eksploatowanie ziemi w Chinach tzn. wycinanie drzew i niewłaściwa gospodarka rolna prowadzą do zjawiska pustynnienia na bardzo szeroką skalę. Jakby tego było mało, oczywiście do drobnego piasku dochodzą pyły emitowane z chińskich zakładów przemysłowych, dla większości których idea elektrofiltru jest bajką z zachodu.
W związku z tym, że mamy wiosnę i jestem w Korei, w zeszłą sobotę miałam przyjemnośc doświadczyc tego niezbyt przyjemnego zjawiska. W internecie można znaleźc stronę rejestrującą stężenia pyłu w Seulu i było ono następujące (wykres pochodzi ze strony: http://www.korea.amedd.army.mil/webapp/yellowSand/Default.asp):
W samych Chinach jest rzecz jasna dużo gorzej (http://www.polska-azja.pl/2010/03/20/burza-piaskowa-zaatakowala-pekin/), tym niemniej wolałabym, żeby szanowni Chińczycy nie dzielili się ze światem ubocznymi skutkami swojego dynamicznego rozwoju.
Saturday, 20 March 2010
Seul (cz. 2)
Zwiedziłam pałac królewski Gyeongbokgung, który jest imponujący i bardzo piękny, ale już po obejrzeniu jednego budynku z kompleksu wie się doskonale, jak będą wyglądac następne. Wszystkie są w tym stylu:
Budynek, który widzicie na zdjęciu to miejsce, w którym król przyjmował petentów. Praktycznie całośc budynku z wyjątkiem kamiennej posadzki wykonana jest z misternie pomalowanego drewna. Wnętrze powyższego budynku mieści królewski tron, który wygląda następująco:
Czasem, przy odrobinie szczęścia króla można nawet spotkac:
Po zwiedzeniu pałacu udaliśmy się w poszukiwaniu jedzenia. Seul jest gigantyczną metropolią pełną wieżowców:

Jednak, gdyby przyjrzec się z bliska zaraz obok wielkich alei z 8 pasami ruchu mozna znalezc tego typu zakątki, w których serwują przepyszne jedzenie:
Wspominałam chyba wcześniej o idei restauracji w której klient sam sobie gotuje swoją kolację. Wygląda to właśnie tak:
Seul (cz.1)


Korzystając z dwóch linii dostałam się do hotelu Hyatt, gdzie odbywała się branżowa konferencja dot. współpracy między Europą, a Koreą. Inspirujące. Szczególnie przerwy na lunch, kawę i kolację. Wszystko było bardzo bon ton i na pięc gwiazdek, dystyngowani naukowcy i businessmani w garniturach i koszulach ze spinkami oraz kelnerzy w liberiach. Menu kolacji było zdecydowanie pod europejskich gości i wszystko nazywało sie po francusku. Stół wyglądał następująco (zdołałam nie pogubic się w sztuccach, co uważam za nie lada osiągnięcie):
Twarz mnie już cała bolała od uśmiechania się, a w głowie huczało od frazesów w stylu small-talk. W połowie kolacji prof. zakomenderował odwrót i udaliśmy się na wieżę na górze Nansam, żeby obejrzec Seul nocą. Byłoby olśniewająco, tylko że padał śnieg a wieża była ponad chmurami i nic nie było widac... Ale bilet zezwala na dwa wejscia w przeciągu 6 miesięcy, a wygląda na to że jeszcze nie raz zawitam w tamte okolice. Google mówi, że widok powinien byc taki:
Po tej eskapadzie udałam się do mojego lokum - przemiłej koreańskiej rodziny przyjaciela profa. Prof oddał pod ich opiekę i udał się w siną dal, a ja zostałam powieziona do dzielnicy Yang-cheong-gu. Państwo Kim (18 mln, czyli 40% populacji ma tak na nazwisko) byli absolutnie przemili i gościli mnie przez dwa wieczory. Koreańskie zwyczaje domowe to bardzo ciekawy temat i idealny na oddzielną notkę ;)
Monday, 15 March 2010
Kampus

Kampus jest bardzo nowy i KIT przeniósł się tu w 2005 roku. Prace nad jednym z budynków nadal trwają (nie ma go na mapie, ale znajduje się na zielonym terenie naprzeciw bramy). Poniżej możecie zobaczyć zdjecie bramy głównej opatrzonej nieodzownym logiem KIT. Niemalże wszystko na kampusie jest nim oznaczone, począwszy od tabliczek na drzwiach, a kończąc na śmietnikach i kratkach założonych na kanałach odwadniających chodniki.
Kampus jest całkiem spory i jest w nim wszystko: bank, poczta, trzy sklepy spożywcze, księgarnia, Fast food i gabinet lekarski. Wszędzie jest dużo drzew i otwartej przestrzeni. Do kampusu należy kilka porośniętych lasem wzgórz, po których prowadzą ścieżki. Na każdym wzgórzu obowiązkowo znajduje się zestaw do ćwiczeń, a na najwyższej - budka strażnika. Las jest całkiem dziki - na sobotnim spacerze spotkałam sarnę.
Wszystko jest doskonale utrzymane, przystrzyżone i pozamiatane. Codziennie o 8:00 armia pań i panów w niebieskich mundurkach z logiem KIT zamiata każdy skrawek chodnika i myje (!) kosze na śmieci.
Wejścia, oprócz bramy i strażników, broni grupa poważnych drewnianych osobistości, których zadaniem jest odpędzanie złych duchów.
Najpiękniejsze zdjęcia będą w kwietniu, kiedy zakwitną wiśnie, którymi obsadzony jest calutki teren!
Koreanka i krem
Ok 8:20 budzi mnie bardzo intrygujący dźwięk: "Klap klap klap, cyk cyk cyk". Postanawiam wstać, wyłączam mój własny, bezużyteczny budzik i wychylam nos spod poduszki. Rozglądam się po pokoju i witają mnie trzy pary pleców i trzy lustra. Każda z trzech par dłoni z namaszczeniem wklepuje w twarz właścicielki drugi lub trzeci z rzędu krem spośród imponującej baterii znajdującej się na biurku. Co drugi dzień któraś z panien paraduje po pokoju z białą maseczką z ekstraktem z czegośtam. Oprócz kremów, peelingów i trzech lokówek w pokoju znajduje się skład kosmetyków do makijażu i pędzli do cieni, którym można by zasilić niewielką drogerię.
Kilka dni temu udałam się na poszukiwanie drogerii celem zakupienia dezodorantu, którego nie udało mi się znaleźć w żadnym z odwiedzonych supermarketów. Wszystkie drogerie wyglądają jak nasza Sephora i mają łacińsko brzmiące i napisane nazwy. Gdy zostałam poinformowana o cenie najzwyklejszego dezodorantu Nivea mój portfel zrozumiał, skąd pochodzi nazwa drogeria. Cena była dwa razy wyższa niź w Warszawie. Po uiszczeniu opłaty odebrałam bardzo gustowna torebkę, w której oprócz przedmiotu moich zainteresowań znalazłam pokaźną ilość próbek kosmetyków (w tym kremu wybielającego cerę nazwanego "My wedding day")...
Tuesday, 9 March 2010
O szanowaniu góry.
Nad Gumi góruje Kumoh - 976 m n.p.m. i od niej wywodzi się nazwa mojego uniwerku (Kumoh National Institute of Technology). Inna jej nazwa to Geumo San (San san góra godna, ja niegodna, san san). Jej obszar jest prawnie chronionym parkiem, którego stworzenie zapoczątkowało koreańską kampanię na rzecz ochrony przyrody.
Szanowanie tej góry może zaowocować bogatym życiem u szczytu władzy, czego przykładem jest bardzo istotna postać w najnowszej historii Korei - prezydent Park Chung-hee . To jemu Korea zawdzięcza zapoczątkowanie dynamicznego rozwoju gospodarczego. Park Chung-hee pochodził z Gumi i za czasów swojej prezydentury zmienił to miejsce z pola ryżowego w największy kompleks przemysłowy w Korei, jednocześnie dbając w dużym stopniu o ochronę przyrody. Mieszkańcy Gumi mówią więc, że jego siła pochodziła od góry Kumoh.
W zeszłą niedzielę miałam w planach złożenie hołdu górze. Niestety nie było mi dane, raczyła skryć się za chmurami i cieszyć zamiecią śnieżną. Odwiedzę ją więc innym razem, ale mając ochotę na podboje wybrałam się na górę Cheonsaeng. Góra odegrała w burzliwej historii Korei ważną rolę jako forteca, ponieważ ma dość dziwny kształt - bardzo strome i skaliste podejście i absolutnie płaski, rozległy szczyt.
Na wycieczkę zabrał mnie mój Prof. i w pierwszej kolejności oczywiście musiałam zostać nakarmiona. Wybraliśmy się do knajpy serwującej Jajangmyeon z owocami morza, póki co moje ulubione danie (właśnie przyszło mi do głowy, że wygląda dość dziwnie i mogłoby zostać przez niektórych zakwalifikowane do grupy dań a'la "pieczarki w occie" ;-) ). Mimo wyglądu jest naprawdę pyszne. Yumm yumm.
Po lunchu wybraliśmy się na górę, a Prof. okazał się azjatyckim maniakiem fotografii co zaowocowało 49 zdjęciami w stylu "Ważka na tle <...> ". Góra była bardzo ładna, ale niesamowicie "dobrze utrzymana". Ścieżki jasno wytyczone, tu schodek, tam ławeczka. Brak miejsca na choćby ślad dzikości. I mnóstwo rodzin z dziećmi, co jest godne podziwu bo było dość stromo, a dzieciaki niezrażone parły naprzód. Na dodatek siąpił deszcz. Oprócz ławeczek było też kilka pomników buddy, 2 pagody, sklep z pamiątkami i dzwon:
Tak więc, jeżeli macie Państwo jakieś większe aspiracje, polecam szanować góry!


